Polityczny chaos sprzed 100 lat – dlaczego kiedyś było gorzej?

Jest wiele uczuć towarzyszących śledzeniu polityki: poirytowanie z powodu nieudolności kolejnych ministrów i licznych synekur wszechobecnych w każdej gałęzi administracji, satysfakcja z udanych reform i spełnionych zapowiedzi, zmęczenie tym, że nie skazano coraz to nowszych “złodziei”. Wszystko to łączy się w jedno uczucie – frustrację. Frustrację spowodowaną długimi okresami legislacyjnymi, kłótniami polityków o wyznaczaniu ambasadora do Rumunii, prawami, które zamiast ułatwiać, wszystko komplikują. Zdenerwowanie wynikające z uczucia, że można to zrobić lepiej, że niektórym ludziom “u władzy” zwyczajnie brak głowy do realizacji niektórych przedsięwzięć, że system nie działa jak powinien.

Jednak ironiczne w tym wszystkim jest to, że nasze systemy polityczne i to, kogo premiują, są efektem końcowym długiego procesu mającego na celu doprowadzić do jak najlepszego zarządzania społeczeństwem i państwem. Mechanizmu, który odniósł sukces i można to stwierdzić na bardzo prostej postawie, a mianowicie – historii jakiegokolwiek państwa europejskiego w XIX i na początku XX w. Państwa te miały ustroje powstałe w wyniku konfliktów między starymi a nowymi elitami. Ich systemy polityczne miały na celu przede wszystkim strzeżenie prerogatyw dawnych władców i wprowadzanie reform, których domagała się ludność, w stopniu dostatecznym, by zapobiec buntowi. Były to państwa rządzone przez monarchów, którzy często nie mieli ani talentu, ani przygotowania, ani zdolności do pełnienia swojej roli. Kraje, mające jeszcze przed sobą dobre stulecie doświadczeń politycznych, które pokazałyby im jakie idee konstytucyjne działają, a które są beznadziejne w budowaniu jakiejkolwiek stabilności. Wszystko to obracające się dookoła wspomnianej na początku zasady minimalnych możliwych koncesji.

Najlepszym, według mnie, przykładem takiej dysfunkcji jest sytuacja krajów europejskich przed pierwszą wojną światową i to, jak ich ustroje wpłynęły na wybuch wojny. Od Berlina do Wiednia, od Petersburga do Paryża pojawiały się kuriozalne postacie i konflikty między monarchami a ich rządami, które pod wieloma względami pozbawione były sensu. W porównaniu z nimi współcześni politycy prezentują się znacznie korzystniej. Analizę tego wszystkiego najlepiej zacząć od kajzera Wilhelma II i Rzeszy Niemieckiej.

Wilhelm II już od momentu urodzenia miał się niedobrze, bowiem wskutek komplikacji przy porodzie doszło do zmiażdżenia mięśni jednego z jego ramion. Było ono więc niedołężne i w zauważalny sposób krótsze od drugiego. Bliscy wmawiali mu, że matka nie kocha go właśnie z powodu jego kalectwa. Paradoksalnie, spośród rodziny dobre stosunki miał tylko z matką, choć i one ostatecznie uległy ochłodzeniu, po tym jak jako nastolatek zaczął wysyłać jej kazirodcze listy (w szczegóły lepiej nie wnikać). W dodatku już we wczesnym dzieciństwie toczące się wtedy wojny o zjednoczenie Niemiec przekonały Wilhelma o istotności honoru wojskowego i śmiałości. Utwierdziły też w tym, że to właśnie te elementy pozwolą mu na zdobycie należnego szacunku. Przez resztę jego życia objawiało się to w skłonności do szeroko zarysowanych i często absurdalnych projektów. 

Kiedy ostatecznie stał się kajzerem, przejawiał to całą swoją osobą. Miał całą garderobę wszelkiego rodzaju mundurów wojskowych, które używał zależnie od sytuacji. Przy każdej sposobności wygłaszał improwizowane przemówienia, które często czyniły go obiektem drwin, jak w przypadku “przemowy o Hunach” wygłoszonej przy okazji wysłania niemieckich żołnierzy do Chin w celu zduszenia powstania bokserów. Mimo tego, że Niemcy wysłały swoje oddziały wojskowe jako ostatnie państwo w Europie, wciąż nakazał swoim żołnierzom być “równie zaciekłymi i bezwzględnymi, co Hunowie dla Chińczyków” i żeby to właśnie ich spośród wszystkich narodów europejskich bali się najbardziej. 

Choć pozostaje kwestią dyskusyjną, czy to właśnie jego przesadna brawura prowadziła państwo niemieckie w kierunku drogich i bezsensownych projektów kolonizacyjnych oraz rozbudowy marynarki, każdy historyk zgadza się co do tego, że Wilhelm był kiepskim dyplomatą. Wynikało to z faktu, że miał… ciekawe koncepcje prowadzenia polityki zagranicznej.

Planował utworzenie Nowych Niemiec w Brazylii na podstawie fal emigrantów niemieckich tam się osiedlających. W czasie zwiększania się napięć między Japonią a Ameryką zaproponował umieszczenie niemieckiego korpusu na wybrzeżach Kalifornii. Niemieckie archiwa świadczą o pomysłowości niemieckiego kajzera. Średnio co tydzień wpadał on na pomysł nowego sojuszu wojskowego, z Anglią i Francją przeciw Rosji, z Rosją i Japonią przeciw Anglii, z Anglią i Rosją przeciw Francji. Niemalże wszystkie jego pomysły były porzucane niemalże natychmiast po ich wymyśleniu. Dodatkowo, ich często jeszcze bardziej problematyczny wydźwięk wynikał z niezwykłego braku taktu samego Wilhelma.

W czasie ważnych negocjacji dyplomatycznych z Rosją odciągnął on rosyjskiego premiera na stronę i zaczął mu opowiadać o swoim pomyśle utworzenia paneuropejskiego koncernu naftowego, który miał rywalizować z amerykańskimi odpowiednikami (wydarzenie miało miejsce w okresie, kiedy Niemcy były nielubiane praktycznie w każdym kraju w Europie, a kryzys wojenny zawsze był tuż za rogiem). W połowie jego rozmowy z premierem car Rosji Mikołaj II podszedł i zaczął widocznie dawać znać, że chce rozmawiać, jednak Wilhelm kontynuował swój monolog. Na jednym arystokratycznym przyjęciu kajzer przysiadł się do króla Belgii i zaczął mu szeptać do ucha, o tym jak w zamian za dołączenie się do Niemiec w razie inwazji na Francję, ten uczyni z niego króla Burgundii. Przy innej okazji podczas goszczenia amerykańskich dyplomatów na obiedzie, kajzer zaczął mówić o tym jak osiemdziesięciomilionowa populacja Niemiec ma problem ze znalezieniem miejsca na rozrost w jego państwie. Zastanawiał się na głos, czy nie byłoby dobrym pomysłem przesunąć granicę Francji bardziej na zachód, żeby zaludnić Niemcami jej mniej zurbanizowane tereny. Choć bardzo możliwe, że kajzer tylko żartował, to jednak Amerykanie potraktowali jego gadaninę na poważnie.

Wyliczenie wszystkich jego różnych wyskoków to temat na osobną książkę; dlatego warto tu zakończyć rozważania. Choć Wilhelm II miał w Niemczech konstytucyjnie silną pozycję, nie rządził sam – rządem kierował bowiem kanclerz, którego co prawda wyznaczał, choć człowiek ten musiał również przejść przez wotum zaufania w parlamencie. Oczywiście miało to swoje zalety w powstrzymywaniu Wilhelma przed nadmiernym kompromitowaniem Niemiec, lecz posiadało też swoje wady. Przed wszystkim chodzi tu o dwugłos pomiędzy kajzerem a kanclerzem.

Urzędujący w latach 1900-1909 Bernhard von Bulow często zajmował pozycje przeciwstawne wobec Wihelma II. W czasie kryzysów wojskowych, podczas gdy kanclerz chciał zaostrzać sytuację, kajzer chciał ją łagodzić i „vice versa”. W dodatku kanclerz był dość mocno zirytowany ciągłymi wyskokami swego pracodawcy i próbował na wszelkie możliwe, dyskretne sposoby podważyć jego pozycję oraz dać znać innym monarchom i premierom Europy, że naprawdę nie powinni słuchać nierozgarniętego Hohenzollerna. 

Jednym z najbardziej jaskrawych tego przykładów jest Kryzys “Daily Telegraph”, czy też jak ja go lubię nazywać – “Telegraphgate”. Opierał się on na wywiadzie, którego Wilhelm II udzielił właśnie tej brytyjskiej gazecie. Padło w nim z jego strony wiele dziwnych twierdzeń. Oświadczył, że Brytyjczycy są “szaleni, szaleni, szaleni jak marcowe zające”, bo nie ufali jego intencjom. Stwierdził, że jest jednym z niewielu Niemców, którzy nie są wrodzy Anglii. Zaznaczył, że to właśnie na podstawie jego planów Brytyjczycy odnieśli zwycięstwo w wojnie burskiej, a program zbrojeń morskich Niemiec nie był skierowany przeciw państwu angielskiemu. Krótko mówiąc, był to jeden z klasycznych wybryków kajzera. Jednak tym, co jest naprawdę interesujące w tej sprawie, jest zaangażowanie kanclerza. Otrzymał on bowiem wywiad przed publikacją, jednak nie wprowadził w nim żadnych zmian. Historycy uważają, że zrobił to celowo, żeby upokorzyć i zdyskredytować Wilhelma. Wśród innych takich stosowanych przez niego wybiegów znajdowało się chociażby wyjawianie homoseksualizmu bliskich doradców i przyjaciół monarchy niemieckiego.

Teraz jednak przenieśmy się na południe, do Austro-Węgier. Choć sąsiad i sojusznik Niemiec miał za monarchę o wiele lepszego Franciszka Józefa I – człowieka, który pomimo sędziwego wieku (urodził się w 1830 r.) i wielu osobistych tragedii wciąż prowadził cesarstwo jako kompetentny władca – tym, co, jeśli nie zgubiło kraju, to z całą pewnością sprawiało mu problemy, byli jego parlament i wojskowi. 

Austro-Węgierski Reichsrat miał ten zasadniczy problem, że zarządzał imperium, w którym mówiono dziesięcioma językami i żyło mniej więcej tyle samo narodowości. Zarządzanie sprzecznymi interesami wszystkich tych grup przypadło właśnie jemu i nie było to zadanie łatwe. Bez wnikania w zawiłości konfliktów między stolicą, a stolicami regionalnymi, miało to dla Reichsratu wiele konsekwencji. Przed wszystkim – kiedy posłowie wygłaszali przemówienia – mogli mówić w jakimkolwiek z tych dziesięciu języków. Na sali nie było zaś tłumaczy. Oznaczało to, że większość posłów nie wiedziała, czy człowiek właśnie mówiący zgłaszał cenne uwagi co do dyskutowanych projektów ustaw, czy wygłaszał dadaistyczne przemowy bez ładu i składu. W dodatku nie było ograniczenia czasowego na przemówienia. Te dwa czynniki razem wzięte uczyniły obstrukcję parlamentarną sztuką samą w sobie. 

Pewien czeski deputowany miał sześciogodzinne przemówienie polegające na czytaniu gazety przy jednoczesnym jedzeniu kanapki i piciu koniaku. Pewien ukraiński poseł blokował omawianie sprawy uniwersytetu we Lwowie przez trzynaście godzin. Nawet bez zajmowania mównicy obstrukcja była możliwa. Dla przykładu Czeska Społeczna Partia Narodowa przeprowadzała obstrukcję przez wnoszenie do parlamentu instrumentów i granie na nich, kiedy przemawiali ich przeciwnicy polityczni. Ludzie przychodzili, żeby popatrzeć na obrady parlamentu właśnie ze względu na liczne absurdy, które miały na nich miejsce. Kiedy Adolf Hitler pisał swoją autobiografię, napisał w niej, że to właśnie patrzenie na obrady Reichsratu przekonało go o bezużyteczności demokracji.

Z kolei wojsko cieszyło się marnym dowództwem reprezentowanym przez szefa Sztabu Generalnego Conrada von Hotzendorfa. Był on typowym agresywnym imperialistą, który przy okazji każdego kryzysu międzynarodowego postulował najbardziej wojownicze rozwiązanie sytuacji. Jego nastawienie wynikało po części z romansu z żonatą Giną von Reininghaus. Obsesyjnie pisał do niej listy miłosne i wierzył, że jeśli odniesie zwycięstwo na wojnie, zgodzi się ona za niego wyjść. Innymi słowy, jeden z ludzi, który odegrał niezwykle ważną rolę jako decydent wojskowy o wejściu Austro-Węgier do Serbii i wywołaniu pierwszej wojny światowej zrobił to, ponieważ był simpem.

Ostatni z omawianych tu dogłębnie krajów jednak, był prawdopodobnie najbardziej dysfunkcjonalny z nich wszystkich: Rosja pod Mikołajem II.

Mikołaj II nie był dobrym rządzącym, jego ojciec nie przygotował go do sprawowania władzy. Jeden z nauczycieli, który uczył go w jego dzieciństwie, stwierdził, że jedyne na czym jego uczeń się skupiał podczas zajęć, było dłubanie w nosie. Później Mikołaj ruszył w rejs dokoła świata i czytając z zapałem angielskie romanse, ostatecznie dotarł do Japonii, gdzie niemalże został zabity przez szalonego samuraja, zanim ostatecznie wrócił do Europy. Pierwsze, co zrobił po śmierci ojca, było zawołanie swojej żony na bok i powiedzenie jej, że nie jest gotowy na zostanie carem i nie wie nawet ,“jak rozmawiać z ministrami”. 

Faktycznie Mikołaj nie potrafił kompetentnie zarządzać państwem. Nie zatrudnił sekretarza, który miałby porządkować jego dokumenty i wykonywać za niego żmudną pracę, nalegając że wszytko będzie robić sam. Miał zły zwyczaj składania i późniejszego wycofywania się z obietnic. Jego największym błędem było administrowanie państwem przez tworzenie antagonistycznych koterii. Wykorzystywał je następnie przeciw sobie w celu uniknięcia sytuacji zbytniego uzależnienia siebie od jednego ministra bądź gubernatora. Spowodował tym nie tylko sprzeczność celów polityki zagranicznej Rosji, ale też rezygnację wielu zdolnych ministrów. Wszystkie jego niedociągnięcia zsumowały się w wojnie rosyjsko-japońskiej, której mógłby łatwo uniknąć, gdyby nie zależało mu na utrzymaniu jednej frakcji. Wojna ta wywołała rewolucję roku 1905, która doprowadziła do dwóch znacznych zmian w Rosji. Car przestał być rządzącym własnoręcznie autokratą nad autokratami. Teraz miał współrządzić z Dumą Państwową pełniącą funkcję parlamentu i premierem kraju. Ostatecznie okazało się, że wszystko poszło na marne. Pomijając zawiłości rosyjskiej historii, można stwierdzić, że Duma Państwowa, w niecałe dwa lata po jej wprowadzeniu, została zamieniona w kółko adoracji cara. Duża część posłów do niego należących uważała, że parlament w Rosji w ogóle nie powinien istnieć, bo stanowi niepotrzebnego pośrednika między carem a jego ludem. Premier Rosji tymczasem, urzędował w trudnych warunkach. Choć formalnie kierował rządem, każdy minister miał prawo do audiencji z carem, podczas której mógł otrzymać pozwolenie na realizację gigantycznych projektów zbrojeniowych lub ryzykowne posunięcia w polityce zagranicznej bez konsultacji z premierem. W praktyce oznaczało to, że premier mógł pewnego dnia odkryć, iż teraz grozi im wojna z Austrią, gdyż car i minister spraw zagranicznych uzgodnili coś za jego plecami. Czyniło to niemożliwą świadomość (szczególnie dla premiera Rosji) tego, co następnie uczyni rząd Rosji.

Dodatkowo – cały system był wypełniony antycznymi przeżytkami. Jeden z nich stanowiło prawo cara do zarządzenia mobilizacji. W początkowych dniach wielkiej wojny oznaczało to tyle, że Rosja, mimo woli premiera, przystąpiła tylko do częściowej mobilizacji, ponieważ car w ostatniej minucie przed wysłaniem rozkazu nakazał odwołanie pełnej.

Tutaj właśnie kończą się największe absurdy, choć zarówno we Francji jak i w Anglii, wciąż znajdzie się kilka dość nonsensownych rzeczy do chociażby wspomnienia. Dla przykładu, angielski sekretarz stanu Edward Grey urzędował w czasach niestabilnej koalicji i w celu niewywoływania konfliktów pomijał na posiedzeniach rządu swoje ówczesne poczynania. Tym samym, kiedy doszło do stworzenia porozumienia brytyjsko-francuskiego z 1904 r., które było jednym z najważniejszych w przygotowywaniu stron przyszłej wojny światowej, większość gabinetu brytyjskiego dowiedziała się o tym dopiero, kiedy traktat został podpisany. Tymczasem francuscy ambasadorzy często utrzymywali się przez dwadzieścia lat na jednym stanowisku, ponieważ przeciętna żywotność francuskich rządów była krótsza niż rok. 

Właśnie te ułomności europejskich państw miały odegrać swoją rolę w ich dyplomacji. Dyplomacji mającej doprowadzić do wybuchu I wojny światowej i to właśnie wady ich polityków, warunki dwuwładzy rządu i głowy państwa przyczyniły się do tej katastrofy. Jeśli kiedyś więc poczujecie złość na jakiegokolwiek polityka czy stan funkcjonowania swojego państwa, pamiętajcie: kiedyś było gorzej, naprawdę znacznie gorzej.

Zawiłości przeszłości rozplątywał dla Was Albert Konikowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.