Sztuka wysoka (kalorycznie)
„Kino jest najważniejszą ze sztuk!” Te słowa wykrzykuje Moks, jeden z bohaterów komedii „Vabank II” Juliusza Machulskiego. Cieszy się w ten sposób z tego, że dzięki filmowym trikom i wykreowanemu światowi iluzji udało się wyprowadzić w pole Kramera mszcząc się tym samym za jego niecne występki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że przytoczone na wstępie słowa przypisuje się Włodzimierzowi Leninowi, który na początku 1922 roku miał je wypowiedzieć do Ludowego Komisarza Oświaty, Anatolija Łunaczarskiego. Lenin dostrzegał w filmie potężne narzędzie propagandowe, które zamierzał wykorzystać jako nośnik treści ideologicznych skierowanych do szerokich rzesz społecznych. Odłóżmy jednak na bok Lenina bo to postać równie interesująca jak jego dzieła. Rzecz ma być o kinie i o poczynionych przeze mnie obserwacjach.
Kino w pierwszej połowie XX wieku zaczęto nazywać dziesiątą muzą. Jak wiadomo w mitologii greckiej istniało dziewięć muz, które były patronkami nauk i sztuki. Rozwój kinematografii sprawił, że film zaczęto postrzegać jako równorzędną dziedzinę sztuki nadając jej odpowiednią rangę. Sztuka ma być strawą dla duszy. Tymczasem…, ale o tym za moment. Spójrzmy jak pojęcie kino (rozumiane jako budynek, miejsce w którym odbywają się seanse) zmieniało się na przestrzeni lat. Używane wcześniej nazwy; iluzjon, kinoteatr, kinematograf miały w sobie pewną poetyckość. Podobnie jak określenie „na srebrnym ekranie” . Wydaje się, że obecnie nic z tej poezji nie pozostało. Dzisiaj kino to multipleks z projekcjami 2D, 3D, a biorąc pod uwagę jakość tego co serwują nam producenci filmowi to kolejne dwa D (tj. do d…) można często spokojnie dodać. Przyznam w tym miejscu, że nie przepadam za wycieczkami do kina. Niemniej zdarza mi się czasem taka wyprawa w celach towarzyskich. Tak było w przypadku ostatnio oglądanego „Diabeł ubiera się u Prady 2” . Seans stał się nie tylko okazją do podziwiania fenomenalnej Meryl Streep oraz wspomnień z wakacyjnych eskapad (ach ten cudowny Mediolan i bajecznie malownicze Como), ale również do obserwacji ludzkich zachowań. Otóż ze zdziwieniem stwierdziłam, że ludzie kupują bilet do kina po to by jeść. Wspomniana przeze mnie wcześniej strawa dla duszy może nie istnieć. Istotą stała się strawa dla ciała. Gdy tylko zgasną światła w sali projekcyjnej, zewsząd zaczynają rozbrzmiewać odgłosy chrupania, siorbania, szelest torebek z czipsami, syk otwieranych puszek z napojami. W powietrzu rozchodzi się mdły zapach popcornu i ostra woń sosu do nachos. Konia z rzędem temu kto w takich warunkach potrafi skupić się na tym co widzi na ekranie, na uczuciach bohaterów, na niuansach scenariusza i na tym co chciał (o ile w ogóle coś chciał) przekazać reżyser. Zaczęłam też rozumieć po co każdy seans jest poprzedzony półgodzinnym blokiem reklam. Otóż nie po to by „kinomaniak” po zakończonym seansie popędził zakładać konto w takim a nie innym banku, kupić taki a nie inny samochód czy też wyrzucić swój stary szampon do włosów. O nie. Reklamy w kinie są po to by wszyscy nabywcy biletów (bo raczej nie widzowie) mieli czas wyjeść wszystko to co przytargali do kinowej sali. Kiedy opustoszeją pudełka popcornu, słomki w kubkach zaczną szorować po dnie, a na podłodze zalęgnie warstwa ziaren prażonej kukurydzy, wtedy rozpoczyna się właściwy seans. I chociaż jeszcze czasem rozlegnie się szelest torebki w której czyjaś ręka rozpaczliwie poszukuje ostatniego M&M’Sa, to można uznać, że pojawiły się warunki do obcowania ze sztuką filmową. Reklamy w kinie to taki ukłon w stronę prawdziwych widzów. Swoją drogą może dobrym pomysłem byłoby wstawienie ekranów projekcyjnych w lokalach typu fast food. Tam między kęsami hamburgera a łykami coli konsument mógłby rzucić od niechcenia okiem na ekran. To chyba byłoby uczciwsze.
Wobec wszystkich – miłośników kina, producentów filmowych, aktorów, reżyserów, scenarzystów. Stanley Kubrick powiedział kiedyś: „Ekran jest magicznym medium. Ma taką moc, że może angażować zainteresowanie, ponieważ przekazuje emocje i nastroje, w sposób z jakim żadna inna forma sztuki nie może się zmierzyć” . I właśnie takich przeżyć szanowne Koleżanki i zacni Koledzy Wam życzę w nadchodzącym czasie wakacji. Smakujmy kino duszą, nie językiem.
Do odkrywania prawdziwej wartości kina zachęca Konstancja Król.
